Bitcoiny, waluta niezależna. Czy potrzebuje uregulowań prawnych?

Handel wymienny ma wielowiekową tradycję, o wiele dłuższą niż historia pieniądza. Ludzie bez żadnych gwarancji banków czy państwa wymieniali się dobrami, które stanowiły na nich wartość. Najpierw wymieniano wołu na osła, potem umówiono się, że pewna ilość np. złota jest warta tyle a tyle i można za nią nabyć rozmaite rzeczy. I to już była prosta droga do wynalezienia pieniądza.
Moneta stała się wygodnym środkiem płatniczym, ale w XVII wieku pojawił się… jeszcze wygodniejszy. Najpierw w Szwecji, a potem w Anglii Królewskie Banki Wymiany zaczęły przyjmować depozyty w złocie lub srebrze i wydawać za nie noty (najpierw pisane ręcznie, a od 1729 roku drukowane). I to właśnie one stopniowo stały się pełnoprawnymi pieniędzmi papierowymi emitowanymi przez jeden bank w każdym państwie.

Początkowe pokrycie pieniądza w złocie odeszło w zapomnienie, kiedy w 1971 roku prezydent USA Richard M. Nixon zniósł standard złota. Ile jest zatem dzisiaj warte to, co nosimy w portfelu? Czy przypadkiem znowu nie tyle, na ile się… umówimy?
Historia pieniądza najwyraźniej zatoczyła koło i w tym momencie na scenę weszła waluta wirtualna. Bitcoin.

To on w ciągu ostatniego roku, a nie euro czy nawet złoto, budził najwięcej kontrowersji i wywołał międzynarodową dyskusję na państwowych szczeblach. Urzędnicy  stanęli bowiem przed dylematem, czy coś, co powstaje w sieci, w dość niejasnych okolicznościach jako fragment jakiegoś kodu, który trzeba „wydobyć”, można uznać za pieniądz. Czy to jest poważna waluta, z którą należy się liczyć, czy też kolejna zabawka komputerowych maniaków, za którą będzie można kupić najwyżej wirtualne mleko dla wirtualnej rodziny.

I kiedy państwa się zastanawiały, ich obywatele najwyraźniej sami sobie udzielili odpowiedzi na te wszystkie pytania. Bitcoiny stały się walutą, ponieważ ludzie umówili się między sobą, że mają określoną wartość. A skoro mają wartość, to podobnie jak euro czy złoto są rzeczą pożądaną. Tym bardziej, kiedy po kryzysie bankowym na Cyprze w marcu 2013 roku ich kurs gwałtownie skoczył. Jeszcze w kwietniu 2013 jeden bitcoin był wart 266 USD, aby pod koniec listopada przekroczyć wartość 1200 USD.
Czy zatem faktycznie bitmonety spełniają warunki, jakie powinny spełniać pieniądze? Przyjrzyjmy się im bliżej…

Warunek pierwszy, czyli wartość nabywcza, został już spełniony. Za bitcoiny możemy nabyć realne dobra, uznały je niektóre sklepy, a nawet linie lotnicze. W Polsce bitmonetami zapłacimy na przykład w jednej z bydgoskich kawiarni, a w Kanadzie ruszył pierwszy bankomat, który umożliwia nie tylko wymianę gotówki na bitcoiny, ale także sprzedaż bitcoinów za dolary kanadyjskie.
Skoro zatem bitmoneta ma wartość, powstaje pytanie drugie, o gwarancje tej wartości.

Kiedy mówimy dolar, myślimy „amerykański”, a funt „brytyjski”. Gdy bowiem do tej pory na rynku pojawiał się pieniądz, jego gwarantem było państwo, a konkretnie bank emisyjny – centralny bank  danego kraju. Ta zasada ewoluowała w przypadku euro, które jest wydawane przez siedemnaście krajów Unii, a bankiem emisyjnym wspólnej waluty został Europejski Bank Centralny. Zrobiliśmy więc pierwszy krok w kierunku waluty, za którą nie odpowiada jedno państwo.
Bitcoin idzie krok dalej. Nie opiera się bowiem na zaufaniu do jakiegokolwiek banku emisyjnego. Do przechowywania transakcji używa zdecentralizowanej bazy danych rozprowadzonej pomiędzy węzłami sieci peer-to-peer, która to sieć chroni bitcoiny przed  ingerencją rządową lub ze strony osób indywidualnych. Jednym słowem sieć peer-to-peer oraz brak administracji centralnej sprawia, że niemożliwa jest manipulacja wartością bitmonet przez produkcję większej ich ilości. W danym momencie wydane może być jedynie 21 milionów bitcoins, nie więcej.

Jakie jednak mamy gwarancje, że każda bitmoneta istnieje tylko w jednym „egzemplarzu”, skoro jest  kawałkiem kodu w Internecie, a nie konkretnym kawałkiem papieru w portfelu? Może w tym samym czasie w kilku punktach globu różni ludzie płacą tym samym bitcoinem?
Przed tym zjawiskiem chroni kryptografia, która sprawia, że konkretny bitcoin posiada unikalny kod gwarantujący, iż może być wydany tylko  przez osobę, która w danym momencie jest jego posiadaczem.

Mamy więc do czynienia z walutą, która jest międzynarodowa, nie podlega dewaluacji a każdy bitcoin jest unikalny i nie do podrobienia. Upadły także argumenty, że nie ma pokrycia w złocie i gwarancji państwowych. Co zatem sprawia, że wywiązała się dyskusja na temat tego, iż być może powinien je uzyskać?

Do tej pory szereg państw zaakceptowało transakcje przeprowadzane w bitmonetach pomiędzy jednostkami. Pobierają od nich podatki, takie jak dochodowy czy VAT. Ale nie otworzymy rachunku bankowego w bitcoinach czy też nie weźmiemy w nich kredytu. Jeśli jednak zaistnieje sytuacja, że wielu ludzi będzie chciało to  zrobić, to państwa, w tym także polskie, nie odżegnują się od  takiej możliwości. Konieczne będzie jednak stworzenie prawnych regulacji, aby wzmocnić bezpieczeństwo transakcji.  A także zapobiec wykorzystywaniu bitcoina, jako waluty gwarantującej absolutną anonimowość jej posiadaczowi, w działaniach przestępczych, takich jak pranie brudnych pieniędzy, czy nielegalny handel. Bo że bitcoin może być wykorzystywany w tym celu, to już wiemy. W ubiegłym roku  w Stanach Zjednoczonych FBI zlikwidowało internetową giełdę Silk Road, gdzie za bitcoiny można było kupić nielegalne towary takie jak narkotyki, broni, podręczniki do konstruowania bomb czy nielegalna pornografia. Zupełnie anonimowo, giełda wykorzystywała bowiem wirtualną sieci TOR, dzięki czemu nie można było namierzyć ani kupującego, ani sprzedającego.

Czy jednak te państwowe, prawne uregulowania nie zniszczą tego, co w bitcoinie najważniejsze: jego niezależności, która właśnie jest tak bardzo atrakcyjna dla jego użytkowników? Czy na pewno posiadacze oszczędności w bitmonetach będą chcieli trzymać je w banku, skoro ideą tego pieniądza jest jego niezależność od systemów bankowych, które jak już wiemy chociażby po niedawnym kryzysie amerykańskim w 2008 roku i kryzysie cypryjskim w 2013 bywają bardzo zawodne?
A jeśli bitcoin oprze się państwowości, to czy może istnieć jako niezależna międzynarodowa waluta obok tej „usankcjonowanej”?

W zasadzie, dlaczego nie? W końcu historia, nawet ta całkiem niedawna dowodzi, że mogą istnieć obok siebie dwa zupełnie niezależne finansowe systemy, jeden państwowy, a drugi prywatny, całkowicie przez to państwo nieakceptowany. Mieliśmy przecież w erze socjalizmu kurs dolara narzucony przez nasze państwo i niezależny kurs tej waluty u… cinkciarzy. Jeden z drugim miał niewiele wspólnego, a który dolar był bardziej realny? Ten „nielegalny”, bo moc pieniądza stanowi jego siła nabywcza, a skoro ludzie umówili się między sobą, że dolar jest warty tyle, ile za niego płacą cinkciarze, to był tyle warty. Na „nielegalnych” dolarach wyrosła niejedna fortuna, chociaż handel nimi był zawsze niepewny i… oczywiście bez państwowych gwarancji.

Jak widać obeszło się bez nich i być może obejdzie się także w przypadku bitcoina. Wiele na to wskazuje, bowiem chociaż na początku stycznia 2014 kilka banków centralnych ostrzegło posiadaczy bitmonet przed tą walutą argumentując, iż inwestowanie w nią jest niepewne ze względu na brak gwarancji państwowych, to z kolei płatności w bitcoinach zaakceptowała Zynga, czołowy producent gier w sieciach społecznościowych. I po tym oświadczeniu Zyngi natychmiast wartość bitcoina wzrosła, kolejny raz udowadniając wyższość społeczności nad państwowością.

Czas pokaże, w którym kierunku pójdzie wirtualna waluta. Czy pozostanie niezależna tworząc na przykład własne systemy kredytowania, czy zniknie jak wiele różnych środków płatniczych do tej pory, czy też da się związać prawem.

 

Tagi: , ,